Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deser. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deser. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 maja 2014

rabarbarowo-jabłkowe crumble

Prościej się nie da. Smaczniej chyba też nie. Kiedyś crumble mnie nie zachwycało. Teraz jadłabym tylko to.

Naczynie żaroodporne wypełniamy do 2/3 pokrojonymi w takie w sam raz kawałki rabarbaru i jabłek, które mieszamy z połową łyżeczki lawendy i jeśli jabłka są bardzo kwaśne można dodać łyżeczkę brązowego cukru, ja mam słodkie jabłka, więc cukru nie dodaję.
Na kruszonkę biorę dwie garści płatków owsianych, mieszam je z 3-4 łyżkami mąki i około 50g masła. Jak chwyci na mniejszej ilości to świetnie, dlatego fajnie dodawać tłuszcz po kawałku. Do smaku dodaję cynamon, imbir, kardamon, gałkę, goździki, wszystkiego po trochu, albo osobno. Zależy jakie mam smaki. Ugniatam kruszonkę, posypuję owoce i piekę około 30 minut w 180-200 stopniach.
Świetnie pasuje do tego świeża melisa, skórka pomarańczowa... och! możliwości crumble nie ma końca!


Rabarbalove

środa, 26 marca 2014

banoffee troszkę inaczej

Natknęłam się na pudło pierników ze świąt... Nie wiem, jak się to stało, że o nim zapomniałam... Wiem, że pierniki są długowieczne, ale bez przesady - mamy koniec marca! Trzeba je szybko zużyć.
W lodówce miałam napoczęte mascarpone i śmietanę. W misce czerniły się pomału banany. Wszystko zaczyna mi grać ładną melodię - baaanoooo fiiiiii - iiiiii.
Ale zaraz... nie mam masy krówkowej! Hm... przeglądam szafki - jest krem a'la Nutella o smaku czekoladowo-orzechowym. Perfect! Do roboty!
Zasada jest taka sama jak tu.
Pierniki miksuję na drobno (mimo to zostały kawałki orzechów i skórki pomarańczowej, fajnie chrupiące w banoffee!), mieszam z rozpuszczonym masłem. Wykładam w tortownicy 18 cm. Na to krem, banany i masa mascarponowo-śmietanowa.
Pycha!


wtorek, 18 marca 2014

galaretka truskawkowa z syropem z kwiatów bzu

Czuć wiosnę w powietrzu, niech ją będzie czuć na języku! Co lepiej kojarzy się z wiosną niż truskawki i kwiaty? Przepis wymyśliłam na konkurs u Strawberries from Poland, ale jak to na gapiszona przystało nie zauważyłam, że ma być sorbet, a ja zrobiłam galaretkę! Konkurs przepadł, ale specjalnie nie płaczę, bo galaretka wyszła super i normalnie na weekend robię znów.

GALARETKA Z TRUSKAWEK Z SYROPEM Z KWIATÓW BZU

500 g mrożonych truskawek (ach! co to będzie, jak będą świeże!)
400 ml wody wymieszanej z
4 łyżkami syropu z kwiatów bzu
3 lub lepiej 4 (dla bezpieczeństwa) łyżeczki żelatyny
pół (lub więcej - do smaku - pamiętajmy, że syrop też jest słodki!) szklanki cukru
opcjonalnie ziarenka z połowy laski wanilii (ale nie koniecznie - bez jest na tyle aromatyczny, że wanilia nie jest konieczna)

Truskawki wrzucamy do garnka z 200 ml wody i cukrem, podgrzewamy. Żelatynę rozpuszczamy w ciepłej wodzie. Kiedy napuchnie i dokładnie się rozpuści dolewamy do ciepłych! truskawek. W tym czasie można dodać wanilię. Zagotowujemy. Zdejmujemy z ognia, ostudzamy. Kiedy będzie letnie wlewamy syrop. Dokładnie mieszamy, rozlewamy do salaterek i wkładamy na noc do lodówki do stężenia.
Smacznego!






czwartek, 6 marca 2014

pankejki

Wegan nerd zaproponowała ostatnio takie pankejki. Oczywiście od razu dostałam ślinotoku, więc zamiast lizać monitor zaczęłam smażyć.
Placki zrobiłam z podwójnej porcji. Swojego grzybka tybetańskiego udusiłam przypadkiem jakiś czas temu, więc zamiast kefiru z niego użyłam truskawkowej maślanki. Podałam z konfiturą z czarnego bzu. Pyyycha!



sobota, 8 lutego 2014

banoffee

Chyba z wiekiem zmieniają mi się smaki. Nigdy nie przepadałam za deserami typu tiramisu, kopce kreta itp. Nie lubiłam masy krówkowej. Aż tu ostatnio tylko bym jadła kremowe, mascarponowe desery.
Przeglądałam, trochę z nudów, bloga White Plate, żeby odświeżyć sobie fajne przepisy, o których człowiek w zabieganiu zapomina i nagle patrzę, a tam banoffee. Nie miałam wyboru - musiałam się ubrać i iść do sklepu po składniki.
Słodkie, kremowe, pyszne. Zapowiada się fajna sobota w piżamie z filmem i banoffee w objęciach :)

środa, 22 stycznia 2014

Dzień Babci

Jak już kiedyś wspominałam, moja babcia jest łasuchem. Z okazji jej święta podarowałam jej tiramisu. Przepis wzięłam z Kwestii Smaku. Zrobiłam w tortownicy 18 cm - w sam raz na 4 porcje. Podane w przepisie składniki podzieliłam na dwa. Warstwy też wyszły mi dwie. Przy ubijaniu żółtek miałam małe problemy, bo się zagapiłam i je przebiłam. Zrobiły się twarde... Wniosek z tego taki, że czas ubijania też dzielcie na dwa. Amaretto nie miałam, więc dodałam łyżkę spirytusu do kawy. Wiem, że to nie to samo, ale i tak było ok. Babci smakowało, a to jest najważniejsze :)


piątek, 20 grudnia 2013

Post na 100 wpis - czarujący, specjalny

W opętaniu świątecznym oprócz mydełek robiłam jeszcze trufle.
Wymyśliłam sobie pudełeczko na 9 czekoladek. 3 rodzaje trufli, 3 rodzaje czekoladek po dwie sztuki.
Trufli szukałam w internecie na Moich Wypiekach of kors. Czekoladki wymyśliłam sama (umówmy się - dużo wymyślania nie było ;)) posiłkując się radami, które znalazłam tu i tu.
Na pierwszy ogień poszły Kulki owsiane. Miałam z nimi małe problemy, bo masa na początku nie chciała się kleić, ale odstawiłam na jakieś 10 godzin i później było lepiej. Musiałam jednak bardzo ostrożnie oblewać je czekoladą, bo się rozpadały. Z owsianki wolę jednak ciastka...
Następnie trufle z matchą, którą kupiłam kiedyś do jakiegoś ciasta, o którym zapomniałam, a matcha została i bardzo się teraz przydała :) Przed polewaniem czekoladą włożyłam je na jakieś pół godziny do zamrażarki.
Ostatnie trufelki to rafaello, do przepisu Doroty dodałam migdały, jako chrupiącą niespodziankę w środku.
Trufle najlepiej formować w rękawiczkach gumowych (w aptece za 20 gr para). Nic się nie klei i idzie szybko.
Czekoladki były upierdliwe. Nie lubię takiej drobnicy i klnę przy tym jak szewc, zarzekając się, że nigdy w życiu już tego nie zrobię. Ale oczywiście jak już praca była skończona zaczęłam się zastanawiać kiedy zrobię kolejne...
Foremki trzeba bardzo dokładnie smarować czekoladą minimum dwa razy używając pędzla. Ale to nie jest takie proste, bo trzeba też uważać, żeby warstwa czekolady nie była za gruba. To ma być pralinka, a nie kostka czekolady w końcu! Za każdym razem patrzyłam na foremkę pod światło sprawdzając, czy nie ma tam jakichś prześwitów. Między kładzeniem warstw poprzednią warstwę trzeba dobrze schłodzić przez kilka minut. Później przekładamy do środka nadzienie. W moim przypadku był to mus z mrożonych truskawek (w garnku zredukowałam truskawki z cukrem i spirytusem do bardzo gęstego muso-kremu. Niestety ciągle wydawało mi się, że jest trochę za rzadki, więc wrzuciłam pół łyżeczki agaru i już było ok!), wiśnie wyjęte z konfitury wiśniowo-korzennej, którą robiłam latem i lemon curd który musiałam przetrzeć przez sito, bo jajko mi się trochę ścięło o.O Po zapełnieniu foremek do 2/3 zalewamy górę czekoladą też pomagając sobie pędzelkiem i zostawiamy do ostudzenia na jakąś godzinę. No i tyle. Wyciągamy z foremek, pakujemy ładnie i dajemy osobie która zasłużyła. Jest z tym trochę dziubdziania. Osobom niecierpliwym nie polecam. Ale z drugiej strony radość jaką okazuje osoba obdarowana i zdziwienie na twarzy - sama to zrobiłaś?! o.O jest w stanie wszystko wynagrodzić.      
                                                
Kulki owsiane
Kulki owsiane

Kąpiel wodna - rozpuszczanie czekolady i robienie musu truskawkowego
hi! my name is lemon curd, po polsku krem cytrynowy


Czekoladki z wiśniami korzennymi, truskawkami i lemon curd


Trufle z matchą

Trufle z matchą

Trufle kokosowe

Trufle kokosowe
Trufle kokosowe



poniedziałek, 2 września 2013

panna

W lodówce odkryłam serek homogenizowany, który zbliżał się do końca ważności. Chwila zastanowienia i postanowiłam zrobić z niego autorską! pannę cottę.
Do panny cotty jeszcze rok temu podchodziłam raczej ze sceptycyzmem. Nie specjalnie siadało mi jakieś takie galaretowate coś. Ale w tym roku, po zjedzeniu jagodowej panny, którą już kilka wpisów wcześniej prezentowałam, stwierdziłam, że właściwie to ja to lubię! No i zaczęło się tworzenie.
Tym razem do wykorzystania, oprócz bazy, miałam maliny i jakieś zagubione w szafkach przyprawy. Początkowo wpadłam na zrobienie panny malinowej, ale koniec końców stanęło na wczesnojesiennej, przeziębieniowej wersji ;)
Smacznego!





MIODOWO, IMBIROWO, CYTRYNOWA PANNA COTTA

serek homogenizowany naturalny 400g
pół szklanki śmietanki 36%
3 albo i 4 łyżki miodu
małe pół łyżeczki imbiru mielonego
duże pół łyżeczki skórki cytrynowej
3 łyżeczki żelatyny
¼ szkl gorącej wody

Serek mieszam ze śmietanką, miodem, imbirem i cytryną. Żelatynę rozpuszczam w wodzie, ciut ostudzam i łączę z masą. Przelewam do miseczek, wkładam do lodówki i czekam kilka godzin, aż zastygnie. 
Swoją pannę cottę polałam rozgniecionymi widelcem, lekko posłodzonymi malinami (były bardzo kwaśne), bo akurat miałam, ale myślę, że sos np. z jagód sprawdziłby się równie dobrze.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

jagodowa pana cota

A.: Co tam jesz?
Ja: Panę cotę.
A.: Kto ma kota?
Ja: Pana kota.
A.: Jakiego kota?
Ja: ...



Tak więc, jak obiecałam tak robię i wrzucam fajny przepis na jagodowy puszek. W wersji Doroty jagody są przetarte, ja z tego rezygnuję, bo wolę chropowatość na języku. Ale ja jestem dziwakiem. Bitej śmietany też nie zrobiłam, bo byłam leniwa, a borówki do dekoracji zjadłam... Tak, czy siak smacznego!

niedziela, 25 sierpnia 2013

blair witch project rozbitków z karaibów

Wyciągnęłam mamę na pobliską górkę, na którą rodzinki z dziećmi wychodzą na niedzielne spacery. Godzinka w górę niespiesznym krokiem, schronisko z ładnym widokiem, żadnego szaleństwa.
Wybrałam to miejsce bo usłyszałam, że rośnie tam dużo jeżyn i jagód, a w planach miałam zamknięcie ich w słoikach. No wiec wzięłyśmy wiadro i poszłyśmy w las.
Od krzaka do krzaka (na którym nie było NIC!) i nagle okazało się, że nie bardzo wiemy gdzie jesteśmy. Ale spokojnie, bez nerwów, jesteśmy na spacerze, mamy dużo czasu, poszłyśmy trochę w prawo, trochę w lewo i niespodziewanie znalazłyśmy się pod schroniskiem. Wypiłyśmy po piwku, pooglądałyśmy wspaniałe widoki i zaczęłyśmy, z pustym wiadrem i innym szlakiem, schodzić w dół.
Nagle przed nami roztoczyła się cała łąka jagód. Mama leżała oglądając chmury, a ja nazbierałam nieco ponad dwa litry borówek! Świetnie! Ale nie spodziewałam się nawet, jaka radość mnie ogarnie, kiedy tuż za zakrętem zobaczę całe krzaki uginające się pod jeżynami. Wiadro w ruch i po godzinie miałam ponad cztery litry. W tym ferworze szczęścia i babskich chichotów, nie zauważyłyśmy nawet, kiedy znowu zboczyłyśmy ze szlaku.
Szłyśmy cały czas przed siebie, nie podejrzewając niczego, jednak, po jakiejś półgodzinie, zaczęłyśmy się zastanawiać, dlaczego nikt nas nie mija. "Mamo, na takie górki chodzi się po śniadaniu, albo zaraz po obiedzie, a nie po osiemnastej! Pewnie teraz siedzą w ogródkach i grillują." Kiedy przeszłyśmy kolejne 20 minut nie mijając żywej duszy, a co najgorsze, żadnego oznakowania szlaku, zaczęłyśmy się martwić. Dla pewności zapytałam, czy mama ma ze sobą jakiś nożyk, dzięki któremu łatwiej będzie nam obcinać liście, żeby przykryć się nimi w nocy... Po kolejnych 20 minutach poszukiwania jakiejkolwiek oznakowanej ścieżki, znalazłyśmy. Prowadziła na drugą stronę góry. Niedługo zrobi się ciemno, samochód został na parkingu z drugiej strony, co robić? Nie pozostało nam nic innego, jak zadzwonić po mieszkającego w pobliżu tatę, żeby przyjechał po nas swoją terenówką i zgarnął ze szlaku. Dawno nikt się tak z nas nie nabijał. Trzeba mieć talent, żeby zgubić się na takiej górce . Ale za to jakie wspomnienia! I jakie jeżyny! Jakie borówki!

Gotująca się konfitura
Nie lubię słodkich przetworów, dlatego żeluję je pektyną, zazwyczaj kupnym żelfiksem. Do kilograma jeżyn dałam nie całe pół kilo cukru i połowę żelfiksu.
                                              

Galaretka z jeżyn w kolorze rubinu od Ani z Kucharni http://kucharnia.blogspot.com/2010/09/zatrzymac-chwile-o-usmiechu-i-jezynach.html

A to po jagodach. Przepis jutro!