Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkohol. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkohol. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 grudnia 2013

o róży słów kilka

Dzika róża. Bardzo wdzięczny owoc, ale cholernie trudny do obróbki. Potrzeba do niej stalowej cierpliwości i kupę czasu. W tym roku narobiłam w cholerę powideł, nalewkę i wino.
Zbiera się długo i uciążliwie. Trzeba się ubrać w stare ciuchy, żeby nie martwić się o ewentualne dziury wyszarpane przez kolce. Do tego rękawiczki, bo bez nich będziecie wydłubywać kolce z dłoni przez kolejne tygodnie. Szypułkowanie to jakiś koszmar. Przecieranie zajmuje jak nic dzień. Jedną porcję trzeba przecierać kilka razy, bo za pierwszym nie wyciśniesz wszystkiego co róża w sobie ma. Twardą różę trzeba przemrozić w zamrażarce. Różę po przymrozkach zbiera się jeszcze gorzej, bo ciapka się w palcach. Ale warto!
Więc:
POWIDŁA Z RÓŻY
tyle róży ile uzbieracie szypułkujecie, mrozicie. Po rozmrożeniu wrzucamy do gara z odrobiną wody i gotujemy aż zmięknie i się rozciapra. Jak się rozciapra to na metalowe sito i trzemy. Trzemy i trzemy i trzemy, aż widzimy, że z tego co zostało już nic nie wycieka. To co wyciekło znów do gara, zasypujemy cukrem do smaku i gotujemy do jego rozpuszczenia. Wychodzą ładne, lśniące, aromatyczne powidła. Do słoików, pasteryzujemy koło 30 min. i już.

WINO Z RÓŻY
Robiłam je trochę na pałę. Kupiłam dymion, zerwałam różę i zrobiłam. Mówiąc szczerze, wina dopiero zaczęłam się uczyć i do teraz jest to dla mnie jakaś czarna magia, ale po fermentacji burzliwej spróbowałam i jest całkiem spoko, więc chyba wyszło. Póki co, leży sobie na fermentacji cichej i czekamy, się modlimy, co z tego będzie.  Na trzy kilo owoców wyszypułkowanych, zmrożonych, lekko pogniecionych dałam dwa kilo cukru i 8 litrów wody. Do tego paczka drożdży do win czerwonych i pożywkę. To wszystko zamknęłam w balonie i czekałam. W okolicach WielkiejNocy przeprowadzę pierwszą degustację i... zobaczymy co z tego eksperymentu wyszło.

Wiosną robiłam galaretkę z płatków róży. Jedna partia wyszła ok, druga lekko gorzkawa. Fajna jest do aromatyzowania ciast i do kromki z twarogiem. Fajnie prezentuje się na pankejkach.




w towarzystwie słoików z przecierem z dyni, o którym w innym wpisie

tu w towarzystwie syropu z kwiatu bzu, o którym innym razem

niedziela, 20 października 2013

cydr

Generalnie, to ten cydr wyjdzie, jeśli będę miała dużo szczęścia.
Za pierwszym razem sok wirowałam w sokowirówce Malina, która ma tyle lat ile moja mama. Cały blok się trząsł, ale sok zrobiłam. Kiedy wsypywałam drożdże i pożywkę rozmawiałam przez telefon i trochę się poplątałam w proporcjach. Nie wiem, ile czego wsypałam. No, ale fermentację mamy za sobą, więc nie powinno być źle.
Gorzej będzie z drugim nastawem, który robiłam w innej sokowirówce, niestety słabej 500tce, która wypluła więcej musu niż soku. Na razie czekam, co się będzie działo. Może go przefiltruję, jeśli kupię gazę, albo tetrę. Zobaczymy...
Póki co, polecam tekst gościa, według którego mniej więcej robiłam cydr.
Do usłyszenia za jakiś czas, kiedy będę znać efekty tego eksperymentu.



tak wygląda 18 kg jabłek...
Niestety daliśmy chyba za dużo pirosiarczynu. Pewnie coś źle policzyliśmy... Efekt jest taki, że cydr wali jajami. Po dogłębniejszym czytaniu o cydrze dowiedzieliśmy się, że tak na prawdę wcale tego piro nie trzeba dodawać... Ale uczymy się na błędach i może przyszłoroczny będzie lepszy.